Dochodzę do wniosku, ze Eurowizja jest jak narkotyk. Co roku obiecujesz sobie, ze to ostatni raz, kiedy oglądałasz tą szmirę, a jednak za rok znów śledzisz transmisję.
Tym razem nie jest inaczej. Przesłuchałam już większość tegorocznych propozycji i mam wrażenie, że poziomem dorównują piosenkom z roku 2008, kiedy większości utworów po prostu nie dało się wysłuchać do końca...
Póki co moim zdecydowanym faworytem jest Szwecja i "Popular" Erica Saade. Ma dobry show, śpiewa też nienajgorzej, więc są szanse na wygraną całego festiwalu. Oczywiście o ile wszystko pójdzie tak jak powinno, a ostatnio doszły mnie słuchy, że Eric ma problemy z zespołem i (o zgrozo!) z głosem. 2gi półfinał z udziałem Erica już 12 maja, więc miejmy nadzieję, że do tego czasu wszystko będzie jak należy. A nawet jak nie, i tak oddam na niego głos!
A tak poza tym kupiłam sobie balerinki do biegania po Wiśle, Szczyrku i Zakopanem. Prawda, że śliczne?
Ooo tak <3 Eric he best!
OdpowiedzUsuńA tej laski z Estonii nie da się słuchać... koszmar
a buciki ślicznie wyglądają na Twoich stópkach :)
Oby tylko Ericowi udało się wszystko zgrać jak należy :D
OdpowiedzUsuńHehe, dzięki :D
boshe.... miało być "the" xd kocham ciemność <3
OdpowiedzUsuńja tam eurowizji nie ogladam :)
OdpowiedzUsuńa balerinki całkiem, całkiem :)
martula