wtorek, 5 października 2010

On the road of the hero


No i zaczęło się... Od wczoraj mój świat kręci się wokół funkcji, ciągów, szeregów, granic, pochodnych, całek itp. A to oznacza, że skończyły się wakacje. Nowe studia, nowi koledzy i koleżanki, ale czuję, że w końcu to jest to! Niestety, studia mogą mi pokrzyżować plany na styczeń, gdyż tuż po PŚ w Zako zaczyna się sesja i mój wyjazd zależy od rozkładu egzaminów. Zobaczymy jak będzie.


Póki co sezon letni się zakończył. Ostatnie zawody w ramach letniego Pucharu Kontynentalnego odbywały się w Wiśle, więc by miło pozegnać wakacje postanowiłam się tam wybrać, wraz z Doris i Suo. Pociąg z Katowic miałyśmy o 6.50, więc musiałam wstać grubo przed piątą by się wyrobić... Ale było warto! Całą drogę z Ewelcią przegadałyśmy, a Doris uczyła się WOSu (brrr... jak mozna się tego uczyć?).


W końcu, po trochę ponad dwóch godzinach dotarłyśmy na miejsce. Pogoda nas miło zaskoczyła, bo było zadziwiająco słonecznie i ciepło. Spacerkiem udałyśmy się na PKSa do Malinki. Po drodze wysłałyśmy pozdrowienia dla naszego Specjalnego Przyjaciela z Norwegii. Gdy dotarłyśmy do naszego ukochanego Środka Nikąd, pierwsze kroki skierowałyśmy w stronę skoczni by zaopatrzyć się w bilety (dziwnie się czułam bez akredytacji... tak... zwyczajnie), a następnie poszłyśmy coś zjeść. I wtedy minęła nas fińska wiewiórka, która była głównym powodem mojego wyjazdu. Zaraz za nim, w pewnych odstępach, szła reszta Finów oraz Norwegów.


Po drugim śniadaniu, na które składały się hamburgery, ruszyłyśmy na skocznię. Jeszcze nigdy na zawodach w Polsce nie było tak pustych trybun. Normalnie szok. Ale zawody ogólnie udane. Wiewiórka skakała bardzo ładnie, tak jak i reszta fińskich nielotów. Dokładnych wyników pisać nie będę, bo to każdy może znaleźć sobie w internecie.


Tak jak obiecałyśmy naszemu Special Friendowi, wypiłyśmy jego zdrowie w naszym ulubionym barze obok skoczni. Oczywiście to specjalne miejsce i ten specjalny stolik przypomniał nam o wszystkich miłych rzeczach, które się wydarzyły miesiąc wcześniej i ciągle zwijałyśmy się ze śmiechu. Gdy skończyło się tanie polskie piwo, udałyśmy się do baru obok i pozdrowiłyśmy panią Basię od naszego SF. Okazało się, że pani Basia pochodzi z Chorzowa i tak miło się gadało, że (jak się później okazało) przepadł nam autobus. Na szczęście miałyśmy dużo czasu i jeszcze zdązyłyśmy wpaść do 'centrum' na prowizoryczny obiad i zaopatrzyć się w oscypki.


Jak wiadomo, wszystko co dobre, szybko się kończy i 17.40 ruszyłyśmy, z głowami pełnymi wspomnień, do domu, żałując, że to już koniec... Po drodze 'ustalałyśmy' składy kadr na przyszły sezon, z czym tez miałyśmy niezły ubaw.


Niestety, to wszystko jest juz tylko wspomnieniem, więc wracam do zadań z indukcji matematycznej...

ja i Wiewiórka


Aha, jeszcze jedno. Wiewiórka zostaje w skokach, więc mam nadzieję, że znów się zobaczymy w Zakopanem w styczniu!

2 komentarze:

  1. Ej dzięki tym dwóm godziom napisałam sprawdzian bardzo dobrze!!

    A ja wyjazd spędziłam sama :D
    właściwie z innymi znajomymi :P
    Ale tylko na skoczni ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. nudno tu. i masz tak oczojebny blog ze az sie czytac odechciewa

    OdpowiedzUsuń